Leżałam na środku drogi, był już późny wieczór. Księżyc wydawał się wyjątkowo przerażający, jakby miał spaść i zniszczyć wszystko co dla ludzi jest ważne. Wokół gwiazdy niczym błyszczący i zabójczy lód, zamarzający na ciemnym niebie. W oddali było widać dwa, okrągłe światła, które z czasem były coraz bliżej i bliżej, aż ich blask zasłonił mi całą okolicę. Postać w srebrnym samochodzie zaczęła trąbić. Było to paniczne trąbienie. Uśmiechnęłam się lekko bo lubię adrenalinę. Lubię odgrywać dziwnie przerażające spektakle. Od metalowej maski auta dzielił mnie metr. Kobieta mocno skręciła i zatrzymała się przed rowem. Oto mi właśnie chodziło. Skąd wiem, że to kobieta? Miała ostre, kobiece perfumy Chanel Coco Mademoiselle . W końcu wyszła z pojazdu i walnęła mocno drzwiami. Podniosłam głowę, a ona była już przy mnie z niezwykle sfrustrowaną miną.
-Co ty wyrabiasz? Zwariowałaś?
-Mam problem. -siłą wydusiłam łzy z oczów, które pociekły po moim jak zawsze zimnym policzku.
-Jesteś ranna? -zatroskanie w jej głosie sprawiło, że uśmiechnęłam się wyraźnie. Jeszcze bardziej rozbawiła mnie szybka zmiana wyrazu twarzy.
-Nie ale nie w tym rzecz, widzisz... mam problem psychiczny. Nie cielesny.
Na twarzy brunetki pokazało się zakłopotanie. Klęczała przy mnie na środku drogi, a ja odwalałam teatrzyk, która sprawiała mi niezwykłą przyjemność. Bawiłam się nią, bo była moją zabawką, a ja wesołym dzieckiem. Byłam łowcą. To taka forma nowoczesnego polowania.
-Mogę ci pomóc jakoś? -kobieta odchrząknęła i wstała. Zrobiłam to samo.
-Tak, a mogę ci coś opowiedzieć?
-Nie wiem czy to jest...-spojrzałam jej głęboko w oczy. Chcesz mnie wysłuchać. -Oczywiście, że możesz.
-Świetnie tak myślałam. -cóż to za zaskakująca zmiana zdania. Zachęciłam ją, byśmy usiadły na masce jej srebrnego, brudnego samochodu i zaczęłam swoje żale. -Wiesz... mój problem polega na tym, że jestem zła. -jej oczy zabłysnęły i spojrzały pytająco. -Zabijam ludzi. -uśmiech nie znikał mi z twarzy. Kobieta zerwała się do nieporadnego biegu. Dałam jej uciec kawałek, po czym znów znalazłam się przy niej. Twoje nogi nie mają siły się ruszyć. -Nie bój się. Nic ci nie zrobię. Na czym skończyłam? -oczy brunetki zalały się łzami, a twarz purpurem. Krzyczała ciągle- co mi zrobiłaś! Nie mogę się ruszyć! Kim jesteś?!
-Ciiii... -uciszyłam ją i zakryłam jej usta dłonią. -Nie krzycz, nic ci nie zrobię. Na czym to było? Hmm... a tak. Zabijam ludzi, ale to nie jest ten problem. Zabijam ludzi i sprawia mi to przyjemność. -piski wyrywały się z jej ust. Uderzyłam ją w twarz, a z nosa poleciała krew. -Mówiłam ci! Cicho bo nie będziemy dalej rozmawiać.-zaczęła jeszcze głośniej piszczeć. -Ehhh idź już, nie ma z ciebie zabawy. Uciekaj ile sił w nogach. Nie wracaj tu. -kobieta zerwała się szybko i zaczęła biec do samochodu. Wiatr wiał coraz mocniej, a w oddali słyszałam szczekanie psów. Księżyc oświetlał całą drogę. Dobra... co mi tam. Znalazłam się znów przy srebrnym pojeździe. Brunetka nie zauważyła mnie i mocno wciskała kluczyki w drzwi. -Rozmyśliłam się. -wbiłam jej zęby w obojczyk i przycisnęłam ją do kawała blachy. Sączyłam przez dwie minuty, aż na pobocze podjechał czarny jaguar. Tata. Wepchnęłam kobietę z powrotem do auta i zatrzasnęłam drzwi. Odsunęłam się szybko i zatroskana spojrzałam na otwierające się, przyciemniane okno. Zza szyby ujrzałam ojca. Był zły, bardzo zły. Obiecałam mu to. Obiecałam, że będę pić krew tylko z probówek lub zwierzęcą. Wpadłam w swoją własną pułapkę. Jak dziecko, któremu teraz odbiera się tą zakazaną zabawkę. -Do auta. Już! -zrobiłam podkówkę na krzyk taty. Ale wpadłam. Nie skończy się na zakazach i szlabanach. Nie wystarczy już wysłuchanie kazania. Teraz naprawdę pożałuje.
***
Krzyki odbijały się od ścin salonu. Miękka kanapa nie wydawała mi się już tak miękka.
-Koniec twoich wybryków. To k o n i e c. Obiecałaś mi przecież. Co ja z tobą dziecko mam zrobić? Kocham cię bardzo ale... -łzy pociekły mi po policzkach. Tata złapał mnie za rękę i spojrzał mi w oczy. Na jego twarzy malowała się już nie złość ale współczucie, tęsknota? Czemu?
-Mam coś dla ciebie. -ma dla mnie prezent? Po tym co robiłam? Wręczył mi kopertę z pieczęcią. Wyjęłam cienki, gładki papier i zaczęłam czytać.
Droga Annie Mario Lee! Twoje zgłoszenie zostało rozpatrzone. Zostajesz oficjalnie przyjęta do naszej szkoły Istot Ciemności -Hill Wood. Zapraszamy Cię serdecznie do nauki i rozwijania twojego daru razem z innymi uczniami. Mamy nadzieję, że poczujesz się tu swobodniej. Szkoła została przystosowana do nauczania młodzieży prodiugium, więc szybko się tu zaaklimatyzujesz...
Dalsze próby czytania brzmiały jak bełkot zranionego zająca. Ominęłam kilka linijek.
(...)Postaw się w gabinecie dyrektorki dnia 21 lutego o godzinie 16:00. Zostanie Ci przydzielony pokój i plan zajęć oraz grupa. Dyrekcja Akademii Istot Ciemności Hill Wood im. Serge'a Senapusa Chaloux'a
21 lutego. To jutro.
-Co to jest?! -tata nerwow wytarł czoło ręką. -Co to jest! Co to j e s t! Czy to jakiś żart! -wrzeszczałam jak opętana i rzuciłam kratkę na podłogę.
-Słońce -ojciec był zakłopotany jak diabli. -Tak będzie lepiej dla mnie i dla ciebie. Musiałem wysłać to zgłoszenie. To bardzo dobra szkoła. Spędzisz tam jakiś czas, a gdy dostanę informacje o twojej poprawie, wrócisz do domu.
Poprawie? Ja to chyba potrzebuje psychologa, a nie więzienia w formie akademii. Zawiesiłam spojrzenie na ustach taty, gdy wypowiedział ostatnie słowa. - Pakuj się.